Czuję się źle.

Bardzo źle.

 

I zdaję sobie sprawę, że w tym momencie to apel zupełnie do nikogo, ale mam siebie dosyć i naprawdę poważnie myślę o skończeniu wszystkego. Cały czas czuję gulę w gardle, nie mogę się na niczym skoncentrować. Boję się. Mam znowu ataki trzęsawek, napady okresowej depresji, nie jestem w stanie ze sobą wytrzymać.

Nie jestem w stanie spojrzeć w lustro.

Kiedyś pisanie i mówienie co mnie boli pomagało. Uzewnętrznianie potrzeb takich jak akceptacja i przynależność. Potem utapiałem smutki w utworach Morriseya, potem zaś sam nie wiem. Jakoś tak przestałem cokolwiek robić. Ale w sumie, zauważyłem, że zawsze piszę o czasie przeszłym. Skupie się na tym co tu i teraz, jak każą robić te amerykańskie podreczniki do życia.

Mam 20kilkalat, studiuję. Ciężki kierunek, satysfakcjonujący, dający perspektywy na zatrudnienie. Może. Nikt nie wie. Niektórzy mówią że jest, inni że nie ma, inni że za granicą. Nowoczesne technologie, dobre sobie. Mam kochającą dziewczynę, mam rodzinę – chociaż z tego co wyczytałem moi rodzice zaliczają się do grona toksycznych rodzicieli, może to jest przyczyna wszystkiego? Posiadam własny pokój, w którym mam laptopa, playstation i parę książek. Kilka par spodni, narzędzia. Jakieś pamiątki z kiedyś po ludziach którzy byli. Żadnych jakiśtam skarbów, mała klitka ze słabym oświetleniem i parę sprzętów które rozpadają się gdy tylko mogą. Moje życie logicznie rzecz biorąc nie jest złe, niektórzy powiedzieli by, że jestem niezmiernie uprzywilejowany. Jak to jest nie być uprzywilejowanym? Nie wyobrażam sobie tego.

Ostatnimi czasy jestem sam. Te słowa niezmiernie ciężko przeszły mi przez klawiaturę, ale jestem sam. Tak naprawdę, nie mam do kogo się odezwać, ślęczę sam jak palec w swoim więzieniu a moimi najlepszymi przyjaciółkami stają się ściany. Rozmawiam sam ze sobą, prowadzę wyimaginowane monologi. A potem się budzę, i znowu czuję okropnie. Najbliższa / Jedyna przyjaciółka zostawiła… albo lepiej powiedzieć zdradziła. Nie chcę znów o tym myśleć, znów nie wiem komu ufać a komu nie. Czuję odrazę na myśl bliższych relacji towarzyskich a jednocześnie tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać. Płaczę w ścianę, krzyczę sam do siebie. Próbuję kontaktować się z ludźmi, ale jestem przy tym nieporadny jak dziecko. Nie wiem do kogo, o czym pisać,a gdy próbuję czuję że ludzie mnie zlewają. Trzęsę się nie mogę spać pół nocy by potem obudzić się ze spoconym czołem i przypominać sobie ludzi których nie chcę widzieć. Jestem zmęczony. Już kilkanaście razy obrywałem od rzeczywistości z buta, i tyleż razy podnosiłem się na nogi, ale za każdym razem, za każdym jednym razem mniej chętnie. Po co? No po co? Tam dalej nic dobrego nie czeka. Ani po tej ani po tamtej stronie. Mógłbym po prostu oszczędzić sobie rozczarowań.

Albo chuj, nie piszę dalej. To nie ma sensu, nic nie ma sensu. Zobaczymy po ilu dniach faktycznie pierdolne.

Notatka na marginesie | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Tytuł (opcjonalny)

Od dłuższego czasu chciałem tu coś napisać, teraz więc może napiszę i z sensem. O strachu i wątpliwościach, o żalu i smutku, o zaufaniu i ranach.

Pierdolę, znów piszę jak 6toklasistka.

 

Nienawidzę tego typu sytuacji kiedy wiem że zrobiłem źle, a mimo wszystko coś mi się nie pozwala do tego przyznać. To jest jedna z tych chwil kiedy chciałbym móc czytać ci w myślach a jednocześnie nie wiem czy to co się tam może dziać ucieszyło by mnie.

Od jakiegoś czasu cały czas się boje. Czuję że wszystko po kolei – od znajomych, po rzeczy na których mi zależało wyślizguje mi się z rąk. Panikuję co sprawia że spirala napędza się jeszcze bardziej. I w kółko. Im bardziej ci na czymś zależy tym więcej napotkasz komplikacji po drodze, wszystkie prawa murphyego zawarte w jednym. Cóż.

Popełniam wiele błędów, najgorsze jest to, że błędy są z tych kategorii które popełniałem już kiedyś. I obiecywałem sobie że nie popełnie. A jednak. I jestem kretynem który może się nigdy nie nauczy, a jednocześnie baranem który będzie uparcie dążył do tego co postanowi. Wbrew pozorom slowa profesor B. dały mi w kość, w końcu może naprawdę się do tego nie nadaję. Ale jeżeli do tego się nie nadaję to do czego? Nie oszukujmy się, nie mam specjalnych talentów, nie zostanę ani muzykiem ani pisarzem ani sportowcem ani kucharzem ani niczym. Nie urodziłem się w bogatej rodzinie – wręcz dokładnie przeciwnie, nie dostałem wspaniałego wychowania od rodziców, a w dorosłe życie wszedłem jedynie z bliznami. I co ja mam z sobą zrobić? Nawet zabić się nie potrafię, tkwię w miejscu a wręcz się cofam.

 

Ale blizny bo to miało być tematem wypocin, które mam nadzieje będą krótkie i strawne. Od małego moje kontakty z innymi kończyły się chujowo. Koledzy z dzieciństwa obrócili się przeciw mnie po paru latach, z ludźmi z podstawówki nie mam żadnego kontaktu i dobrze. Gimnazjum przemilczę, chyba nie ma nikogo kto skończyłby je bez jakiejś traumy. W liceum próbowałem wyjść do ludzi znowu, skończylo się że zamknąłem się w sobie na 4 spusty. I uciekłem do internetu i tam próbowałem znaleźć sobie ludzi z którymi poszło by dobrze. Aż doszło do złych wibracji i znów zostałem sam. Po tym jak wyleciałem ze szkoły moje życie mialo nabrać rozpędu, spotkałem ludzi i zrozumiałem że nie jestem do niczego. I spotkałem dziewczynę. A potem wszystko strzelił chuj, dziewczyna zaczęła puszczać się z innym a i dom stal się miejscem w którym nie mogłem wytrzymać. Rodzice doznali kryzysu, wzięło im się na rozwód. Latające szyby, telefony rozbijane młotkiem, rodzice zataczający się pijani po podłodze. I ta nieznośna atmosfera, bałem się zostawić pieniądze na stole żeby któreś nie podpierdoliło. Uciekłem do krakowa.

W krakowie poznałem inną dziewczynę, ale skończyło się z niesmakiem. Popadłem w depresję, zawaliłem sobie przez to studia. Potem znalazłem jeszcze jedną, końcówka znowu ta sama. Już nawet nie bolało.

Ale pytam was, dlaczego ludzie nie mogą zrozumieć jak zajebiscie ciężko jest mi komukolwiek zaufać? Walka z samym sobą żeby powstrzymać miliony myśli za każdym razem gdy coś dzieje się nie tak. Tysiące różnych analiz jednego zdania, cały czas czujesz się na baczności. Wszędzie węszysz spiski. Każda tajemnica zamienia się w wojnę. I nie dlatego że życze ci źle, bo myśląc o tym racjonalnie wiem że nie dzeje się nic. To dlatego, że chyba moja podświadomość ma już dosyć i nie chce przechodzić tego samego po raz 4ty. I chcę chcę, naprawdę chcę żyć normalnie, ale wyrozumiałości, proszę. Wyrzuć głupie myśli z mojej głowy, nie drażnij się ze mną. Boli mnie moja nieudolność, nie potrafię być taki jaki chciałbym być.

Teraz z perspektywy czasu dowiaduje się więcej o ludziach którym kiedyś ufałem. Może do tej pory trafiałem na złe osoby i to wszystko? A może to ja jestem tym złym który wpływa na wszystko wokół i nie potrafi żyć z ludźmi?

Pierdolę, niech ktoś coś mi powie. Póki co czuję że powinienem wyskoczyć o jakąś grupę inwalidzką. Niepełnosprawność społeczna, tak. Chociaż z drugiej strony lekarzy też mam dosyć, nie wiem ile jeszcze będę musiał mieć z nimi przygód ale im mniej tym lepiej. Mniejsza.

Najprościej by chyba było upuścić sobie trochę krwi, dla uspokojenia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

idę spać

chce mi się żygać

chce mi się spać

chcę mi się płakać

chcę bliskości

chcę zabić

chcę umrzeć

 

nie umiem

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

nie. organizuj. niczego. nigdy. kretynie.

Co ja robie ze swoim zyciem.

Gdzie ja zmierzam.

Po co mi bylo to wszystko.

 

Umarlem, w kawalkach po kolei i teraz czuje jak ostatki mnie dogorywaja. Cierpie. Boze po co mi to bylo. Po co wmawialem sobie ze potrzebuje kogokolwiek. Po co chcialem udowadniac swiatu ze jestem osoba ktora chce sie byc. Po co mi to wszystko.

Szczerze powiedziawszy jestem juz zbyt zmeczony by nienawidzic. Nienawidzilem kazdego i kazdej z was, kazdej z osobna, bez wyjatku. I nadal nienawidze. Kazdego jednego nieszczesnego czlowieka na tej zasranej planecie. Co wy mi zrobiliscie. Do czego mnie zredukowaliscie. Po co.

Slucham w kolko kolejnych kawalkow, moj mozg odmawia posluszenstwa. Chcialbym pierdolnac wszystkim wokol o ziemie. Zastanawiam sie czemu tego nie robie.

Jestem tchorzem. Tyle razy obiecywalem sobie ze to wszystko zakoncze, zawsze brakowalo ostatniego pchniecia. Boze trzeba bylo to zrobic dawno temu. Teraz juz nawet nie mam sily sie starac. Jestem zmeczony.

To troche smutne. W koncu jestem mlody, cale zycie przede mna. Tyle nowych ludzi, nowych przezyc. Tyle mozliwosci rozwoju. Tyle sposobow na zycie. Ale mimo tego, dlaczego tego wszystkiego nie widze. Nigdy nie planowalem swojego zycia dalej niz pierwszy drugi rok studiow. Jestem na drugim roku i nie wiem. Nie widze tego. Nie widze dla siebie miejsca w przyszlosci.

Swiat sie konczy, wszyscy modla sie o apokalipse. Mysle ze jezeli wszyscy ludzie na swiecie na raz zazycza sobie konca swiata to on sie skonczy. Czemu nie? Przeciez swiat musi byc rownym kolesiem. Napilby sie piwa, pomyslal – „trzeba wiedziec kiedy ze sceny zejsc niepokonanym”. I polozylby sie i zasnal. I wszyscy na ziemi poszli by spac razem z nim. Wszyscy umarli by we snie. Najbardziej humanitarna apokalipsa swiata.

Nie wiem czemu, ale momentami mam wrazenie ze chcialbym zeby moje podroze trwaly wiecznie. Siedziec w autobusie ze sluchawkami na uszach. Miec do dyspozycji jedynie kilka utworow. Zwiekszac glosnosc tak zeby ukryc ten wrzask sumienia w oddali, przyciskac sluchawki do uszu zeby odizolowac sie od swiata kompletnie. To jest fajne. Im wiecej to robie tym bardziej sobie zdaje sprawe z mojego zyciowego paragrafu 22. Nienawidzisz ludzi. Potrzebujesz ich do szczescia. Gdy sa nienawidzisz ich jeszcze bardziej, oni zas nienawidza ciebie. Kontynuujemy ten teatrzyk pozorow az do momentu kiedy jedno postanowi mocniej zranic drugie. I odchodzimy. I cierpisz i czujesz sie jak ostatnie gowno. I jestes ostatnim gownem bo znowu popadles w ten sam schemat. Znowu zapomniales ze ludzie nigdy nie wnosza nic dobrego do twojego zycia. I mimo ze chcesz temu zapobiec, wiesz ze nie bedziesz szczesliwy jezeli kogos nie wpuscisz. I ten ktos dzwoni do drzwi i puka i sie dobija. Ty nie smialo otwierasz, a on wchodzi w butach do pokoju wyjada najlepsze jedzenie z lodowki i sra ci na wycieraczke. A potem narzeka ze jedzenie mdle i stolec jakis rzadki. I wychodzi a ty nadal nie wiesz co sie dzieje.i znowu. I znowu. I znowu.

To smutne ze ludzie ktorzy powinni wspierac i pomagac sprawiaja ze pograzasz sie w swoim bagnie jeszcze bardziej. Nie wiesz juz gdzie dno, nie wiesz gdzie powierzchnia. Toniesz tak dlugo ze tak bez znaczenia. Czas zamarza w miejscu lub przyspiesza wedle swoich wlasnych widzimisie. Widzisz ze dostrzegasz dno, ale to gruba warstwa mułu, widzisz powierzchnie a okazuje sie ze to jedynie przeblysk. Dlaczego nie mozesz calkiem utonac, czemu musisz sie wierzgac i lapac oddech czemu musisz przedluzac agonie.

Po co ci to.

To wszystko jest smutne. Caly jestem smutna karykatura normalnej egzystencji. Wyrwany z rzeczywistosci, nagle wrzucony do innej bajki. Oszolomiony, wokol wrogie twarze. Szukasz ukojenia. Nic nie dostaniesz. Nikt nie jest po twojej stronie. Mozemy co najwyzej nie kopac sie pod stolem.

Znalezienie kogos rownie dziwnego jak ja nie bylo latwe, a jednak udalo sie. Czy to mi cos dalo? Prawdopodobnie pogorszylo sytuacje. Dlatego ta osoba tego nie zobaczy, obiecalem jej pomoc a nie noz w plecy. Jakie to smieszne pomyslicie, chce komus pomagac, a sam potrzebuje pomocy? Obserwujac ja zaczynam lepiej rozumec sam siebie. Dojrzewam do odwazniejszych decyzji. Wszystko przyspiesza, wahania nastrojow sa gorsze niz kiedykolwiek. Rano potrafie spiewac pod nosem ze szczescia, wieczorem slecze nad zyletka i zastanawiam sie kiedy przyjdzie ten moment.

Ludzie sa moja choroba. Zycie zrobilo mnie w chuja, postanowilem zwyciezyc z zemsty. Ale nigdy nie bylem kims kto ma zwyciezyc. Pokazano mi marchewke, gonilem za nia jak glupi. A potem wsadzono mi ja w dupe. To wlasnie ja. Niespelnione obietnice, puste nadzieje i marzenia bez pokrycia. Coraz bardziej blady. Ponoc doroslym sie staje kiedy umieraja ostatnie marzenia. Kiedy godzisz sie ze swoja przecietnoscia. Kiedy rozumiesz ze zostales zrobiony w cyc przez system.

Jestem chyba blisko, co?

Niedlugo konwent, potem drugi. Zobacze tyle twarzy, niektore po raz pierwszy inne po raz ostatni. Wow. Jeszcze nigdy nie czulem takiego braku ekscytacji jak teraz. Skad wy bierzecie ta energie do zycia? Czemu dla was to takie proste. Nieeeeeeee wiem.

Nikt z was niebylby przebyc takiego kawalka drogi dla mnie. Zawsze ja sie o was staram. Nigdy wy o mnie. Juz mam dosyc. Kazdego z was.

Ciekawe czy ktokolwiek to przeczyta. Ten blog dogorywa. Nigdy nie mial wiekszego celu. Niedaleko pada jablko od jabloni.

Wszystko to chcialbym ci powiedziec ale nie powiem. Zrozumialabys, wiem. Nikt poza toba. Ale to ze tego nie powiem bedzie moim prezentem dla twojego sumienia. Ta znajomosc z jednej strony daje mi skrzydel, a z drugiej niszczy od srodka. Rezonansuje z toba. I niezaleznie co mowisz, przywiazuje sie do ciebie. I dlatego cie nienawidze. A zarazem nienawidze siebie bo tak naprade to jestes fajna i cie lubie i umowilbym sie z toba nawet. Bylo by ciekawie.

Pierdole, znow jak werter. Tylko z poslizgiem.

Trzeba bylo juz dawno zadebiutowac.

Moze tej nocy?

Czuje ze to blisko.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

drugi raz nie wpisuję tego tytułu

Warunki do pisania mam niezłe. Nastrój też. Ale czy wyskrobię cokolwiek konkretniejszego, to nie mam pojęcia.

Hmm… pewne rzeczy spadają na nas tak niespodziewanie, tak… nagle. Jeszcze dwa dni temu nie spodziewałbym się, że będziemy się kłócić, wrzeszczeć na siebie i płakać. Ale to chyba musiało kiedyś nastąpić, karma to dziwka.

Tak bardzo nienawidzę popadać w schematy, a jednak ciąglę to robię. Nie rozumiem sam siebie, tyle obiecywałem sobie, że nie popadnę znowu w tą samą pułapkę codzienności, że wprowadzę od początku jakieś wyraźne zasady. Mialem nie być taki, ani inny, ani nijaki. I znowu przyszła pora na obowiązki, znów chcę być dorosły i budzę się w zupelnie innej bajce. Rzeczywistość powędrowalą naprzód beze mnie a ja staram się jedynie ogarnąć ten chaos który powstał. Bez większych rezultatów

Staram się i będę się starał – tak samo jak ty starasz się ze mną. Chcę zobaczyć coś czego nie widzialem od dawna, mam nadzieję że wkrótce wróci. Zrobię wszystko żeby wróciło.

Niezręcznie mi teraz.

Boże, nie powiem Ci tego wprost ale pewnie przeczytasz to dziś wieczorem. Jeżeli sprawdzasz to po kilka razy dziennie jak mówisz, to pewnie jeszcze dziś do tego nawiążesz. Albo przemilczysz jeżeli uznasz że wszystko już zostało powiedziane. Bo i tak może się okazać.

Przepraszam Cię, za wszystko co zrobiłem źle. Kiedy naciskałem gdy nie chciałaś, kiedy czułaś się zmuszana, kiedy przesadzałem z chęciami bycia blisko i z zazdrością. Teraz wiem jak to wygląda z twojej perspektywy, i chcę przeprosić za wszystko. Wtedy…byłem zachłyśnięty ideą posiadania przyjaciela którego i tak straciłem. A potem zapomniałem co trzeba robić, i znow popełniłem błąd za błędem.

Od paru dni jesteś inna, zmieniłaś się diametralnie. Nie wiem, może podświadomie wiąże jego z twoją zmianą i pewnie tak jest – ale w sumie to część kompromisu. Akceptuje to kim jesteś i to kim chcesz być, nie opuszczę Cię, i będę to przeżywał razem z Tobą – jeżeli tylko tego chcesz. (ale nie chodź na kocie, no jak cie proszę). Jeżeli ty chcesz być jego przyjaciółką też postaram się go polubić, mogę z nim spróbować pisać – mam nadzieję że ci to nie przeszkadza. Swoją drogą nie wiem co tam o mnie nagadałaś, ale juz mniejsza z tym xD

Ważne jest to, że też akceptuj mnie jakim jestem, ok? Nie zmieniaj wszystkiego. Po prostu.

Boże, tyle chciałbym osób przeprosić. Ale czy coś to zmieni? To tylko puste słowa, zwłaszcza w twoich ustach”. Nie wiem co mógłbym zrobić, aby bylo lepiej.

Ale znowu wkrada się we mnie strach przed zbliżaniem się do ludzi i przed ludźmi całkiem. Znów czuję się jak małe dziecko zagubione w świecie doroslych, znów się jąkam i boję. Regresja, w momencie kiedy robię jakieś postępy wracam do początku. Nie mogę pozostać sam ze sohą na dłużej ale z drugiej strony czy pasuje gdziekolwiek indziej?

Nie czuję się dobrze z imprezowaniem, piciem czy tego typu formami rekreacji. Nieswojo się czuje przed kieliszkiem, na spotkaniach w większej grupie boję się odezwać. Robię za pośmiewisko, czuję na sobie cudzy wzrok. Slyszę śmiech i podświadomie sobie wmawiam ze to ze mnie. Albo nie wmaniam? Nie mam pojęcia. Ważne jest to, że im dlużej trwa to moje odosobnienie tym bardziej czuję że nie pasuję. Nigdzie. Że nadaję się jedynie do utylizacji bądź recyklingu. Nieudany produkt systemu. Tak bardzo obiecywałem subie, że nie wpadnę w wyścig szczurów, a teraz stoję na jego czele. Dobre i to.

Nie lubię tej presji. Nie lubię swojego życia – chcialbym to powiedzieć ale w sumie pogodzilem się z tym. Mówi się trudno i żyje się dalej. Z jednej strony mam co jakiś czas napady smutku, lęku i tęsknoty, mam pijanych rodziców i brak pieniędzy na jakikolwiek samorozwój. Mam stare ubrania, cięcie po kosztach gdzie się da, długi i brak perspektyw na zmiany. Mam jeden dzień tygodniowo spędzony w autobusie, to w skali semestru prawie miesiąc. Mam chorobę lokomocyjną i reszty fobii przed psami. Mam wygórowane oczekiwania co do rzeczywistości i w związku z tym mnóstwo zawodów. Mam koszmarnego pecha, ludzie uważają mnie za kretyna a ja im bardziej staram się udowodnić cokolwiek innego tym bardziej wychodzi na odwrót. Teraz już nawet nie chcę udowadniać nic innym, muszę udowodnić sobie że nie jestem kompletnym idiotą.

Z drugiej strony mam chwile wytchniena. Coraz rzadsze, ale tylko dzięki nim jestem w stanie wytrzymać ten pierdolnik.

Chujowo.

Wiesz życie? Pierdol się. Znów muszę wziąć wszystko w swoje ręce. Nie pozwolę aby wszystko to co trzyma mnie w kupie rozpadło się. Nie bez walki.

Od ostatniego wpisu minęło tyle czasu. Tyle zmiennych emocji, tyle doznań. Nienawiść, złość żal i zawód. To wszystko wydaje się być teraz takie miałkie. Takie bezwartościowe. Cieszyłem się że nie jestem taki jak pewna osoba – ale czy nie jestem? Czy to coś zmienia? Straciłem coś, ale teraz wiem co. Magia, i pasje ustąpiły miejsca bezdusznej nauce. I o ile znanie odpowiedzi na tyle pytać jest cudną rzecżą, to wolałbym być soba którym byłem. Który kochał zycie.

Wrócę do siebie, obiecuję. To kwestia czasu.

Ostatnio odkryłem The Smiths. Tekściarz, Morrisey. Nigdy jeszcze nie spotkałem człowieka który potrafiłby przekazać muzyce taki ładunek emocjonalny. Moje gusta wciąż oscylują wokół… niczego konkretnego. Zapomniałem jedynie jak jest być kimś ważnym. Za dużo zapomniałem.

 

Do sącza zostało 30 kilometrów. Nie wiem już co z siebie wylać. Chciałbym dużo wiećej, ale w sumie nie wiem… to nie jest jeszcze to co chciałem napisać. Ale wycieńcza mnie to przelewanie emocji. Koniec. Cześć i czołem kluski z rosołem.

 

 

 

I tak w ogóle, to nie biorę odpowiedzialności i nie przyznaję sie do tego pijackiego bełkotu który wyżej powstał. Jest bez składu, ale osoby do których ma to dotrzeć zrozimieją

 

I kto nie zostawi komcia ten lama :3

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

hussie to najlepszy żebrak na świecie

Ej myszo.

 

Wiem, że mnie zamordujesz, ale ja po prostu nie mogę. Poszedlem grzecznie spać – o północy, nie siedziałem długo! Położyłem się w łóżku i zaczęłem myśleć. I im więcej myślałem, im bliżej mi było do zaśnięcia, tym mocniej nawiedzała mnie jedna myśl.

No bo ej, no. Kocham Cie.

Tak kurewsko Cie kocham.

Tak zajebiście mocno Cie kocham.

Tak zajebiście mocno Cie kocham, że ja pierdole, kurwa mać!
I nie wiem, czy to jeszcze opary cebuli wiszą w powietrzu, czy moze ekran monitora wypala mi oczy na wylot, ale serio. Łezki mi się w oczach kręcą.

I wiem, że fajniej by to było powiedzieć Ci to w twarz, obserwować twoją reakcję i to jak chowasz twarz między ramionami żebym nie mógł zobaczyć jak się rumienisz. I pocałować Cie w czoło, i pytać „ej myszko, co jest?”, mimo że doskonale bym wiedział co. I cieszyć się w duchu jak dziecko, uprawiać z tobą zapasy na podłodze próbując cie połaskotać nie zostawszy jednocześnie pogryzionym. A potem śmiać sie jak zwykle z bólu, pokazać Ci zaczerwienione ślady i słuchać z zakłopotaniem twoich przeprosin. Ale ja nie wytrzymuję.

Gdy już morfeusz dorwał mnie w swoje obięcia, uświadomiłem sobie że za tobą szaleje. I jak w tych snach kiedy próbuje wyznawać Ci na dziwaczne sposoby miłość. Wiem, że kocham Cie naprawdę, taką miłością jaką chcę Ci zawsze przekazywać. I uczyć się od Ciebie jak być lepszym człowiekiem, jak stawiać czoło problemom. Jak chcieć pomagać ludziom, jak zmieniać się dla innych. Jak dzielić się z innymi moim szczęściem, bo teraz jestem nadwyraz szczęśliwy.

I jestem cały twój, tak jak obiecałem sobie że nigdy się już nie dam. Nie wstydzę Ci się mówić o moich problemach, przy Tobie może mi odpierdalać tak jak tylko chcę. I kocham, że mogę Cię zarażać moimi pasjami, pokazywać Ci to co w moim życiu najlepsze, mówić do ciebie i widzieć zachwyt w twoich oczach. I jezus maria, jestem szczęśliwy. Tak bardzo, tak kurewsko bardzo.

I wiem, że faceci się za tobą oglądają na ulicy, i jestem zazdrosny. Ale w tobie jest coś, co sprawia, że chcę Ci zaufać, że czuje się bezpiecznie. Wiem, że to powinno działać w drugą stronę, ale no to inny rodzaj bezpieczeństwa. Komfort psychiczny, świadomość że jest w moim życiu coś do czego warto wracać.

Boję się jedynie, że tak łatwo się poddajesz. Boję się, że tak bardzo się boisz próbować nowych rzeczy. Boję się, że tak przeraża Cie porażka. Boli mnie, jak ktoś taki może mieć taką niską samoocenę. Nie wiem, przez co przeszłaś, ale jesteś cudowna i jezus, zrobię wszystko żeby było lepiej.

Tak bardzo pragnę Cię przytulić, tak dawno nei spaliśmy obok siebie. Gdybym mógł, przytuliłbym Cię we śnie aniele. I już nie puszczał.

I wiem, że to brzmi jak wynurzenia popaprańca, i że powinienem być poważniejszy i ecie-pecie. Ale no. Nie chcę wracać do Krakowa. Chcę zacząć te wakacje od nowa. I wiem, że się kłócimy, ale zawsze potem jest lepiej, nie?

I przepraszam, że często nie mogę się opanować przy tobie. I że nie stać mnie na wiele rzeczy. I że nie jestem ideałem. Ale kocham Cie jak nikt nie kochał jeszce nigdy; nawet jak ślinisz się do gejuszków, nawet jak podsyłasz mi linki do blogów japońskich gwiazd gej-porno. I nawet jak jesteś wściekła że znów zachowuję się jak dzieciak. I jak jesteś zazdrosna, że piszę i rozmawiam z przyjaciółkami.

Z tobą nie boję się jutra. Wszystko wydaje się być bardziej optymistyczne i weselsze. I warto, serio warto żyć.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

spleść w ciemności duszę i marzenia

Numer Siedem. Dwa. Cztery… Jest tymczasowo niedostępny. Prosze zostawić wiadomość.

 

Ten sam głuchy odgłos w słuchawce świdrujący moje bębenki. Drgania pobudzają neurony, szybki chemiczny sygnał i w mojej piersi znów objawia się ta sama pustka. Głuche uderzenia serca w piersi, echa drgań na całym ciele.

Jest chujowo. Mam dosyć tej depresji. Ile można śnić te same chujowe sny. Ile można budzić się o 6tej rano i ze zmęczonymi oczami próbować zasnąć wśród akompaniamentu porannej audycji. Ile można wchodzić na jednego bloga w poszukiwaniu szczątek informacji, jakichkolwiek. Odświeżać po kilka razy dziennie mając ciągle świadomość że nie zmieni się nic.

Nie wiem dlaczego bawię się w pisarza. Zaczęłem robić to w okolicach gimnazjum… cofnij. Już w podstawówce pisywałem pierwsze teksty. Sam tego nie pamiętałem ale, to naprawde fajne uczucie kiedy słyszysz „A pamiętasz to opowiadanie które kiedyś pisałeś? To z dyrektorem i nauczycielką. Co, nie pamiętasz? A takie fajne było…”. Nie traktowałem tego wtedy jako serious business. Lubiłem tworzyć, byłem chyba twórczym umysłem. Pamiętam te wszystkie zadania domowe, „napisz opowiadanie”, „narysuj komiks”. Pamiętam, kiedy inni pisali o kotach na płotach ja w ciągu 60 minut napisałem opowiadanie o magu, który wyruszył na poszukiwanie swojego magicznego lustra. 7 przedmiotów poukrywanych w różnych częściach planety, szaleńczy pojedynek z bykiem…

To ciepłe wspomnienia. Nie pisałem często. Zawsze byłem typem konsumenta i krytyka a nie twórcy i o dziwo odpowiadało mi to. Nie rozumiałem tych wszystkich mądrych zdań dorosłych ludzi. „Co ty pozostawisz po sobie tej planecie?” “Kim będziesz w przyszłości?”. Żałuję.

W gimnazjum przestałem pisać. Oczywiście gdy było zadanie – tworzyłem. Ale zawsze byli ode mnie lepsi, bardziej utalentowani. Może to zabrzmi głupio, ale fajną rzeczą było by usłyszeć od kogoś starszego… bardziej doświadczonego coś w stylu “Radzisz sobie dobrze, rób tak dalej”.Nie usłyszałem nigdy. Założyłem wiesz że talentu po prostu nie mam, I z tym przeświadczeniem żyję do dziś. Nie wiem czy słusznie czy nie, ale z drugiej strony nie jestem pewien czy chce wiedzieć.

W gimnazjum też trafiłem na UT. Zobaczyłem że można pisać nie dla kogoś a dla siebie. Że są ludzie którzy wyczekują aż napisze coś więcej. Każda wiadomość uświadczała mnie w tym że pisanie jest fajne. A jednak żadnego opowiadania nie skończyłem. W liceum miałem kryzys. Leki odcisnęły na mnie swoje piętno. Nie wiem… może to zabrzmi jak szukanie wymówek ale to właśnie one odebrały mi te lata życia. W y c I ę ł y mi je z życiorysu. Nie chce wracać pamięcią do tego okresu, to wszystko boli.

Z momentem kiedy dostałęm drugą szansę – jeżeli tak to można nazwać – obudziłem się z koszmaru. Nie byłem tym kim wmawiano mi przez ostatnie lata że jestem. Nie byłem idiotą, bezwartościowym kretynem bez przyszłośći. Okazało się że jestem w czymś dobry. Że to wszystko co mi zabrano… nadal gdzieś tam we mnie było.

Naturalnie znów zaczęłem pisać. Było kiepsko. Wciąż miałem przed oczyma opowiadania niejakiej CV, która mimo że miała 10 lat pisała tak, że nigdy w internecie nie widziałem lepszej pisarki. Próbowałem wzorować się snami. Mózg przećpany lekami i przeładowany wiedzą bezużyteczną produkował i produkuje wizje godne najgorszych narkomanów.

Tworzylem nowe światy, bohaterów i złoczyńców. Nikomu nie pokazywałem swoich wypocin Pisałem na klawiaturze leciwego komputera. Wszystko w jednym folderze. Lecz nic nie trwa wiecznie. Dysk zginął. Z nim część mnie. Nie pamiętam już tych wszystkich gier prowadzonych z halcem, tych wszystkich słów, idei. Nie żyją.

Znów zaczęłem od zera. Próbowałem, ale nie potrafiłem. Zmieniałem się powoli w a n a l f a b e t e. Może to środowisko w jakim przebywałem miało na to jakiś wpływ, nie wiem.

Pisałem potem dla innych. 3 duszyczki, każda po kolei chciala moich słów. Dawałem co miałem. Odchodziły one, odchodziły i słowa. Wciąż pamiętam moją obietnicę o dokończeniu pewnego opowiadania. Zamierzam jej dotrzymać, nawet jeżeli duszyczka nie pamięta, ja pamiętam. Bo duszyczka dużo dla mnie znaczyła i znaczy. I dotrzymuję obietnic. Nieważne jak długo mi to zajmie, zawsze kończę.

Pisanie nigdy nie było dla mnie priorytetem. A jednak nie potrafię nie myśleć. Czy gdybym kiedyś podszedł na poważnie do tego co robię, skupił się na chociaż jednej rzeczy. Czy wtedy byłbym w czymś naprawdę dobry? Z gówna bicza nie ukręcisz, wiem o tym. Prawdopodobnie nigdy nie napiszę nic na tyle dobrego, żeby doprowadzić człowieka do łez. Żeby oczekiwał na każde kolejne słowo niczym na dawkę narkotyku. I żeby po dawce czuł się jak w niebie a gdy dawki się skończą czuł brak tak bolesny jak nigdy w życiu. Moje słowa nigdy nie zmienią cudzego życia. Potrafię co najwyzej wywołać wymuszony uśmiech na twarzy. Tyle. Więc po co to robię? Po co męczę moją już i tak zniszczoną klawiaturę? Przecież mógłbym robić cokolwiek innego.

Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale to chyba wreszcie pomaga.

 

Numer Siedem… Osiem… Pięc… Jest tymczasowo niedostępny. Prosze zostawić wiadomość.

 

Zostawić wiadomość, jak to brzmi. Jaką wiadomość mógłbym chcieć zostawić? Nie wiem, słowa wydają się być czasem takie zbyteczne. Ten pozbawiony emocji głos w słuchawce zdaje się szyderczo wypominać.

Nie masz nikogo. Jesteś sam. Nieważne co mówią, koniec końców i tak zostajesz sam ze sobą. Pogódź się z tym, stałeś się słaby. Uzależniłeś się, otworzyłeś się i cierpisz. Nie ma dla ciebie ratunku. Możesz wrócić tam skąd przyszłeś, zamknąć się w odosobnieniu i żyć tak jakby ostatnie dwa lata nigdy się nie wydarzyły. Na początku będzie boleć, ale z czasem wspomnienia zleją się z pustką. Po jakimś czasie nie będą różnić się od przedwczorajszego snu. Zmienisz się w to samo zombie którym zawsze byłeś. I jedyne ciche westchnięcie odbicia w lustrze będzie podpowiadać ci, że to nie był koniec którego chciałeś.

Możesz także iść dalej, dźwigać swój ciężar. Możesz żyć ze świadomością że żyjesz w iluzji szczęścia. Jak w opowiadaniu Lema. Cały świat żyjący w iluzji, iluzja będąca częścią większej iluzji. Kilka poziomów świadomości, świat pokryty śniegiem. Zdany w gruncie rzeczy jedynie na siebie.”

Czemu musicie odchodzić gdy najbardziej was potrzebuję? Czemu musicie znikać gdy brakuje mi was najmocniej? Czemu musi was nie być gdy nadchodzą mnie złe myśli? C Z E M U O B I E C U J E C I E P O M O C A P O T E M Z O S T A W IA C I E S A M E G O?

Mam dosyć. Mam dosyć tej mojej namiastki życia. Czuję się jak Algernon prowadzący ten słynny „dzięnik postenpuf”. Zyskuje to o czym zawsze marzył, lecz budząc się widzi jaką ułudą był świat stworzony wokół niego. Wszystko jest przeciwko niemu. A potem traci i to co zyskał. Życie jest chujowe ze świadomością że i tak wszyscy znikniecie. Nie potrafię cieszyć się życiem, wszystkie moje radości w życiu nie trwają dłużej niż parę minut. Każda euforia jest chwilowa, a potem nadchodzą strach i smutek. Chcę już od tego uciec, nie chce mi się żyć. Nie widzę większego celu we wstawaniu następnego ranka. Co mnie czeka? Obudzę się ze snu i będę gapił się w sufit. Będę usychał w środku, będę świadkiem mojej własnej wewnętrznej śmierci. Czuję jak umierają we mnie kolejne pierwiastki, czuję że nie pociągnę tak długo. Mam jeszcze jedną żyletkę… ale w ten sposób nic nie osiągnę. W ostatniej chwili moja ręka zadrży i nie zrobię nic. Spojrzę w lustro i znowu odejdę w kierunku bezcelowości.

Jak wy to robicie że jesteście szczęśliwi?

Nie wiem, nie wszyscy są zaprogramowani na szczęście. Ktoś musi cierpieć żeby ktoś inny mógł się śmiać, to zawsze sprowadza się do tego. I znowu będę jak ten błazen. Mam tego dosyć.

 

Numer Sześć… Sześć… Trzy… Jest tymczasowo niedostępny. Prosze zostawić wiadomość.

 

Słyszałem tyle razy że mam talenty. Za młodu święcie w to wierzyłem. Moi rodzice też. Uważali mnie za dziecko genialne. Mogło i może wszystko. Rzeczywistość jednak zweryfikowała to nazbyt szybko. Stopniowo coraz bardziej zapadałem się ponad poziom, wąż pożerał własny ogon. To chyba jest właśnie dorosłość. Świadomość że nie będziesz ani wielkim pisarzem, ani sławnym naukowcem, ani celebrytą, ani kompozytorem. Że wszystko i wszyscy wokół ciebie to jeden wielki schemat, taki matrix w wersji demo. Że nigdy nie byłeś stworzony do osiągnięcia wielkich celów. Że są ludzie bardziej utalentowani od ciebie – którzy coś osiągną – i mniej utalentowani – którzy nie muszą osiągać nic. Że wszystko co robisz jest bezcelowe, że wszyscy ludzie są tacy sami. I nawet gdy zaczyna Ci się wydawać że ktoś jest inny, rzeczywistość weryfikuje brutalnie twoje założenia. Świadomość, że szczęście nie jest Ci dane. Świadomość że nic nie trwa wiecznie. I świadomość, że tak naprawdę jesteś nikim.

Nienawidzę życia. Nienawidzę znacznej większości społeczeństwa. Nie jest to nienawiść jawna, to jest ten rodzaj nienawiści który trzymasz głęboko w sercu. Coś w stylu urazu. Nie okazujesz jej na co dzień, ale gnębi cię w środku. Pożera. Aż w końcu wybucha. Nienawidzę siebie. Nienawidzę życia. Mam tego wszystkiego dosyć.

Tak w sumie to przecież nie bez wzajemności. Baww, nikt mnie nie lubi. Jestem nieprzyjemną osobą, ciężko ze mną wytrzymać. Mimo że staram się ze wszystkich sił, angażuję i staję na uszach żeby było dobrze, koniec końców jestem tym złym. Ironio, jest mi źle i właśnie dla tego trzymacie się na dystans. Odejdziecie właśnie dlatego że mam gorszy okres. Ludzie to chuj.

Najśmieszniejsze jest to, że gdy teraz kończę pisać ten tekst, nie czuję się dużo lepiej. Za to wspomnienia ze wszystkich okresów uderzają szturmem na moją świadomość. Melancholijnie. Czuję jak gdzieś tam we mnie, toczy się niewidzialna wojna. Jak woda uderzająca o piaszczysty brzeg. I nie zapowiada się żeby miał nastąpić potop bądź wyschnąć ocean.

Północ. Może „sześć dziewięć pięć”? Nie wiem. Mimo że wiem że to nic nie zmieni, a nawet pogorszy… nie wiem.

 

Pomocy.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz